Strony

czwartek, 22 sierpnia 2019

Rozdział szesnasty

Justin POV:
Śmieję się z żartu, który opowiada Patrick, chłopak Victorii, co rusz zerkając w stronę drzwi prowadzących do domu. Są rozsunięte, ale przez ciemne zasłony nie widzę kuchni, w której zapewne jest Aurora. Vi powiedziała, że robi sałatkę i zaraz do nas dołączy, ale nie ma jej dobre piętnaście minut, co mnie martwi. Co dziwne, dopiero teraz orientuję się, że nie ma gnojka-Caleba, a serce podjeżdża mi do gardła.
- Pójdę po Ro, zerknij na młodą, okej? - Jared salutuje i przyciąga krzesło z Josie bliżej siebie. Odstawiam piwo i idę w stronę domu. Ledwo przekraczam próg kuchni, przekręcam głowę, a na widok brunetki i chłopaka, moje dłonie same zwijają się w pięści. Podchodzę bliżej, uderzam dłońmi o blat, a Caleb odskakuje od Ro niczym porażony prądem. Leję na niego, nic mnie nie obchodzi, za to wlepiam wzrok w dziewczynę, która dyszy ciężko, a jej oczy są wielkie jak spodki - Co tu się do, kurwy nędzy, dzieje?! - podnoszę głos, ale nie na tyle, aby usłyszeli go ludzie na patio - Jakim prawem ją całujesz, huh?
- Bo mogę? Aurora jest moją przyjaciółką, jestem w niej zakochany i zamierzam o nią walczyć, chłopie.
- Pierdol się! - syczę przez zęby, aż Caleb cofa się o krok. Prawidłowo - Aurora jest zajęta, gdybyś tego nie zauważył, co oznacza, że jest poza twoim zasięgiem. Dotknij ją jeszcze raz, a połamię ci jebane palce!
- Justin - Aurora szepcze cicho, pociągając nosem - Caleb, idź już. I proszę, nie rób tego nigdy więcej.
- Zrobię, Ro - czy on sobie, kurwa, żartuje?! Mówi to tak beztrosko, kiedy stoję obok?! - On na ciebie nie zasługuje, zostawił cię, miał w dupie! Byłem wtedy przy tobie, przypomnij sobie ten czas. Było cudownie!
- Co takiego? - pytam z niedowierzaniem, a Ro blednie. Caleb uśmiecha się dumnie, poprawia kołnierzyk w koszulce polo i wychodzi zadowolony, jakby właśnie wygrał w totka! - O czym on mówił, Ro? Wyjaśnij!
- To nic wielkiego, przysięgam! - piszczy przerażona, wpatrując się we mnie z niepokojem - Kiedy mnie zostawiłeś, wybrałam się z nim na kawę, ale po przyjacielsku. Nic się między nami nie wydarzyło, dopiero dzisiaj mnie pocałował, czym cholernie mnie zaskoczył. Nie chciałam tego, przecież kocham tylko ciebie!
- Kiedy wszedłem, nie zauważyłem, żebyś się opierała. Nie odepchnęłaś go od siebie, nie zareagowałaś.
- Bo byłam w szoku, Justin! Nie sądziłam, że coś takiego w ogóle przyjdzie mu do głowy! Przepraszam!
- Kurwa - szepczę do siebie, wsuwam palce we włosy i opieram czoło o ścianę. Chociaż nie chcę, widok ich całujących się przewija się w mojej głowie niczym zacięta płyta - Miałem ochotę go udusić, rozumiesz to?
- R-rozumiem, ale nie rób tego. Caleb nigdy nie będzie mnie miał, bo należę do ciebie. Na zawsze.
- Do mnie? - prycham pod nosem, wciskając czoło w ścianę, aż boli - Całowałaś się z innym, prawda?
- Nie, to on mnie pocałował, nie odwzajemniłam tego. Kurwa, Justin! Nie zachowuj się w ten sposób!
- W jaki, huh? - odrywam się od ściany i morduję ją spojrzeniem, chociaż próbuję się hamować - Jak ty
byś się poczuła, gdybyś przyłapała mnie w dokładnie takiej sytuacji? Nie poczułabyś jebanej zazdrości?!
- Poczułabym, ale przede wszystkim pozwoliłabym ci to wytłumaczyć, zanim wylałabym na ciebie żale!
- Nie masz pojęcia, jakie to dla mnie trudne! Zaufałem ci, jesteś jedyną kobietą, którą się interesuję od śmierci żony, a zastaję taki widok?! Tak ma to wyglądać, Ro? Mam się ciągle zamartwiać, kiedy nie jesteśmy razem? Czy przypadkiem on ponownie cię nie całuje? Mam walczyć z tym gnojkiem?! Serio?
- Nie musisz z nim walczyć, ponieważ Caleb mnie nie interesuje. Przecież wiesz, co do ciebie czuję, prawda? Też nie jest mi łatwo, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że jestem tą drugą i nigdy nie będę pierwszą. Myślisz, że to nie boli? Świadomość, że Hannah jest miłością twojego życia? - po tych słowach zapada cisza. Uchylam usta, patrzę na nią jak zahipnotyzowany, a powietrze gęstnieje. Nie chcę się z nią kłócić, dopiero się pogodziliśmy, kochaliśmy namiętnie, a teraz skaczemy sobie do gardeł? To chore!
- Muszę stąd wyjść - tyle tyle. Odwracam się, wchodzę po schodach i zostawiam ją samą. 


Wchodzę do pokoju, trzaskam drzwiami i dopadam do swojej walizki, po czym wyjmuję znajomą fiolkę
z tabletkami i wysypuję na dłoń. Nie powinienem mieszać psychotropów z alkoholem, ale liczę, że jedno piwo nie odegra tutaj wielkiej roli. Popijam wodą, która leży na szafce nocnej i opadam na łóżko. Zamykam oczy, osłaniam twarz ramieniem i próbuję uspokoić szalejący oddech. Moje życie przypomina teraz jazdę na pieprzonej kolejce górskiej, które swoją drogą lubi Josie. Jednego dnia jest świetnie, pnę się ku górze pełen oczekiwania, ekscytacji, adrenaliny, by potem nagle, nieoczekiwanie, zlecieć w dół, zastępując szczęście rozczarowaniem i bólem. Czy znajomość z Aurorą będzie mnie kosztować tak wiele? Przez chwilę będę szczęśliwy, a potem ponownie pojawi się otępienie, które próbowałem pokonać po śmierci Hannah? Czy to, co powiedziała naprawdę sprawia jej ból? Czy pokazuję jej, że moja zmarła żona jest między nami? Tak nie powinno być, a Aurora nie zasługuje na takie traktowanie. Ostatnio wziąłem się w garść, naprawdę starałem się zepchnąć myśl o Hannah daleko w głąb umysły i całkowicie oddać się dziewczynie, która wywróciła mój poukładany świat do góry nogami. Ro jest cudowna, nie chcę jej stracić, nie mogę bez niej żyć. Na samą myśl moje serce spada do żołądka i fika koziołki. Oprócz Josie jest kimś, na kim kurewsko mi zależy, a przed chwilą ponownie to zjebałem. W tak krótkim czasie, od kiedy się poznaliśmy, zdążyłem schrzanić naprawdę wiele rzeczy, a ona nadal tutaj jest, troszczy się o mnie, wspiera i walczy. Może i ten gnojek faktycznie pocałował ją wbrew jej woli, ale to był pierwszy i ostatni raz. Nigdy więcej mu na to nie pozwolę. Jeśli tylko ją dotknie, naprawdę połamię mu jebane pace.



Aurora POV:

Siedzę obok Josie i Jareda, którzy grają w łapki i upijam łyk zimnego piwa. Justina nie ma dobre piętnaście minut, a ja ledwo mogę usiedzieć na tyłku. Musiałam skłamać, że chwilowo źle się poczuł i za moment wróci. Caleb prychnął i posłał mi wkurzone spojrzenie. Cóż, nie byłam mu dłużna, bo co rusz zerkałam na niego ze złością. Tak, z ręką na sercu mogę wyznać, że wręcz kipiałam w środku, a moja dłoń świerzbiła, żeby mu przyłożyć. Zaskoczył mnie, odbierając szansę na szybką reakcję, a pech chciał, że w tym momencie do kuchni wszedł Justin. Jego smutne oczy wciąż mnie prześladują, jakby ten widok właśnie trwale wbijał mi się w pamięć. Wiem, że to, co zobaczył, go zraniło. Pewnie będąc na jego miejscu poczułabym się tak samo, ale przeprosiłam, bo nic więcej nie mogłam zrobić. Naprawdę było mi przykro i wcale nie miałam ochoty na pocałunek Caleba, który zdecydowanie się zapomniał. Nigdy wcześniej tego nie zrobił, chociaż wiedziałam, że darzy mnie uczuciem. Jakby tego było mało, jest moim partnerem, jutro mamy występ w szkole, czego w tym momencie sobie nie wyobrażam. Nie chcę być w jego pobliżu, a jutro jego dłonie będą na moim ciele. Nie mam pojęcia, jak wygrzebać się z tej beznadziejnej sytuacji.

- Josie - głos Justina podrywa wszystkie głowy - Czas na kąpiel i do łóżka. Dochodzi jedenasta trzydzieści!
- Och, tatku! Proszę, nie każ mi iść spać! - błaga go, patrząc na niego oczami szczeniaka - Zlituj się!
- Nie ma litości, myszko. Jest późno, a ty jesteś jeszcze mała. Raz, dwa. Puściłem już wodę do wanny.
- Pójdziesz ze mną? - chwyta moją dłoń, pociąga za sobą i żegna się z resztą, machając im wesoło. Nie powinnam tego robić, ponieważ widzę wyraz twarzy Justina oraz to, że nadal jest wściekły - Co jest, tatku?
- Nic - burczy, wchodząc po schodach, a my człapiemy za nim jak na skazanie. Woda zdążyła zapełnić wannę niemal do połowy, a piana zakrywa powierzchnię - Jesteś głodna? Wskakuj, ja ci coś przygotuję.
- Nie jestem, zjadłam z Jaredem kiełbaski. Lubię go, wiecie? Opowiadał mi super śmieszne historyjki.
- Cały Jared - puszczam jej oczko, kucam i rozbieram, po czym wsadzam do wanny, a woda sięga jej prawie pod brodę - Cieszę się, że dzisiaj tak dobrze się bawiłaś, myszko. Moi przyjaciele cię polubili.
- Ja ich też! Victoria jest słodka! Wyglądają z Patrickiem tak ładnie, jak wy, ale i tak bijecie ich na głowę.
- Ciekawe czy Vi całuje się z innymi - Justin szepcze za moimi plecami, na szczęście Josie go nie słyszy, ale ja aż za dobrze. Moje serce wyrywa się z piersi, a brzuch zaciska boleśnie. Czy nigdy mi tego nie wybaczy, nie zapomni? Jeśli tak, nie ma dla nas żadnej przyszłości, to się po prostu nie uda. Mam ochotę wygarnąć mu wszystko, jednak hamuję się ze względu na małą. Nie będę robić przy niej sceny.
 

O północy wszyscy odjeżdżają, a my zostajemy sami. Osobno bierzemy prysznic, co boli równie mocno jak jego słowa, ale staram się trzymać. Zakładam satynowe spodenki z rozcięciami po bokach i do kompletu koszulkę na szeleczkach. Dostałam ją pod choinkę od Victorii. Wiedziała, jak świeciłam na nią oczami, jednak cena mnie zniechęcała. Zarabiałam zbyt mało, żeby pozwolić sobie na piżamkę z Victoria Secret, a ta kosztowała Vi cale sto dolców. Moja przyjaciółka nigdy nie żałowała na mnie pieniędzy. Odkąd tylko się poznałyśmy, wspierała mnie i troszczyła się, jakbym naprawdę była jej siostrą. Kochałam ją za to dobre serduszko, za jej osobowość, poczucie humoru. Nigdy się przy niej nie nudziłam, a kiedy miałam podły nastrój, wychodziła ze skóry, żeby mnie rozbawić. Kiedy wyznałam jej, w jakim towarzystwie obraca się mój ex, natychmiast zarządziła ewakuację i pomogła mi odciąć się od Jace'a. Ochrzaniła nawet swojego chłopaka, z którym się kumplował, że podłożył mu akurat mnie. Nie miałam żalu do Patricka, on sam chyba nie wiedział, w jakie gówno wdepnął Jace. Na szczęście dał mi spokój i mnie nie nachodził.

Niepewnie wchodzę do pokoju, w którym tli się światło z lampki przy stoliku nocnym. Justin leży na łóżku, na plecach, z dłońmi pod głową i gapi się w sufit. Nie mam pojęcia, jaki ma nastrój po prysznicu, ale skoro nie mówi nic, chyba nadal mu nie przeszło. Jego odrzucenie sprawia mi ogromny ból i chociaż wiele przez niego przeszłam, więcej nie zniosę. Nie dzisiaj. Muszę ochronić swoje serce, aby całkowicie nie pękło, inaczej będę musiała zbierać jego szczątki, które ciężko będzie poskładać w całość. Odsłoniłam się przed nim, wyznałam mu miłość, chęć pomocy, obiecałam, że będę przy nim i nigdy nie pozwolę mu upaść. Teraz przyszła kolej na niego, teraz on musi mi coś od siebie dać. I chociaż moje serce walczy, słucham rozumu. Odwracam się na pięcie, chwytam za klamkę i otwieram drzwi. Robię zaledwie krok i słyszę jego głos.
- Zostań - zaciskam usta, próbuję zmusić nogi do ruchu i po prostu wyjść, ale moje głupie serce protestuje.
- Nie powinnam zostawać - zaciskam palce na klamce, próbując opanować napływające do oczu łzy - Chyba potrzebujesz czasu dla siebie, tak będzie lepiej. Będę w pokoju obok - po tych słowach nareszcie zbieram tyłek w troki i opuszczam chłopaka, którego pokochałam, dla którego straciłam głowę, a który wciąż mnie rani. Ile jeszcze będę w stanie przyjąć ciosów, nim wreszcie się poddam? Mam dość odpychania.
 

Budzi mnie dotyk. Ciepła dłoń po omacku i w całkowitych ciemnościach szuka mojej dłoni, a kiedy ją znajduje, splata nasze palce i ściska mocniej. Czuję za sobą tors, który wciska się w moje plecy i dociska do siebie najmocniej, jak to tylko możliwe. Nie padają żadne słowa, ale nie są teraz potrzebne.

Przy śniadaniu Josie rozładowuje napięcie. Papla jak zawsze, wciskając do ust owsiankę, do której ją przekonałam. Nie mam pojęcia, jak mi się to udało, bo sama wyznała, że jej nienawidzi, a mimo to zajadała się ze smakiem, co mnie bardzo cieszyło. Byłam jej wdzięczna również za to, że przy stole nie panowała cisza, bo gdyby tylko wyszła, zrobiłoby się koszmarnie niezręcznie. Nie zastanawiałam się, jak
to będzie teraz wyglądać, chociaż obudziłam się obok Justina, który zakradł się do mnie w nocy. Nie powiedział jednak ani słowa, ale czułam na sobie jego wzrok. Jeśli chciał mi coś powiedzieć, powinien to zrobić, przełamać się. Może i był na mnie zły, ale nie czułam się winna. Nie chciałam tego pocałunku i gdyby minęła choć jeszcze chwila, a szok minął, odepchnęłabym Caleba i zapewne zafundowała mu policzek, na który zasłużył. Nic nie upoważnia go do całowania mnie, skoro sobie tego nie życzę. Jeśli coś do mnie czuje, powinien uszanować, że ja tego nie odwzajemniam. Dobrze wie, że mam Justina, że to na jego punkcie szaleję i mam podejrzenie, że zrobił to specjalnie. Może liczył, że wjedzie do środka?
 

Wracamy po południu. O dziewiętnastej mam zajęcia w szkole tanecznej, muszę odsapnąć i przygotować się, na co potrzebuję chwili. Justin sam mi to ułatwia. Podrzuca mnie pod apartament, który dzielę z Vi, całuje mnie w czoło i to... tyle. Przełykam żal, poczucie odrzucenia oraz porażkę, wysiadam i nie odwracając się za siebie, wchodzę do środka. Jeśli związek z Justinem będzie wyglądał właśnie tak, nie chcę brać w tym udziału. Jestem zbyt wrażliwa, aby przeżywać radość, a po chwili boleśnie doświadczyć ponownego odtrącenia. Nie tak powinien wyglądać związek. To nie powinno tak bardzo boleć.


Justin POV:
Od wczoraj ledwo nad sobą panowałem, w środku aż mnie trzęsło, dlatego rozsądnym wyjściem było pojechać do Dorothy. Dobrze się złożyło, że dzisiaj miałem wolne. Podrzuciłem Josie do rodziców, przebrałem się w wygodniejsze ciuchy i wypiłem kubek kawy na szybko. Niestety kiedy zmierzałem do drzwi, minąłem pokój, do którego nie powinienem zaglądać, jeśli zamierzałem trzymać się w kupie. Niestety moje serce wygrało bitwę z rozumem, chwyciłem za klamkę i wszedłem do środka, sypiąc się na miliony kawałeczków. Wiedziałem, że tak skończę, to było kwestią czasu. Jestem idiotą, żałosnym facetem, który nie potrafi pójść dalej, żyje przeszłością i odtrąca od siebie dziewczynę, która może zmienić moje życie. Co jest ze mną nie tak? Gdzie popełniam ten jebany błąd?!


Dorothy na mój widok kręci głową, bez słów przekazując mi, że mój widok ją martwi. Tak, wiem. Jest dobrą kobietą, tak wiele razy składała mnie do kupy, faszerowała różowymi tabletkami i stawiała do pionu, żebym wreszcie poskładał się w całość. Czasami mi się to udawało, czasami nie. Mimo to nigdy nie odwróciła się ode mnie i nie narzekała, jak bardzo jestem beznadziejny, skoro po dwóch latach nadal tkwiłem w tym samym miejscu. Zaczynałem tracić nadzieję, że kiedykolwiek dam sobie radę.
- Zacznę od tego, że jestem na ciebie wściekła - rzuca okulary na biurko, wskazując białą sofę. Ugh, ta przeklęta biała sofa! - Powiedziałam ci, że masz chodzić na terapię, dopóki nie postanowię inaczej, prawda? - przytakuję posłusznie, jak grzeczne dziecko, jednak Dorothy nie daje się zwieść - Nie rób tej słodkiej minki, kochany, nie nabiorę się na twój urok. Co ty sobie myślisz, gówniarzu, huh? Że mówię to do ściany? Jeśli masz sadzać dupę na mojej kanapie codziennie, to tak ma być! Zrozumiano? - uchylam usta, poruszam nimi, aby cokolwiek z siebie wydukać, ale nie mogę! Totalnie mnie zatkało! - Och, zabrakło ci słów? To coś nowego - prycha pod nosem, podchodzi do stolika i nalewa do szklanki wody, którą mi podaje i siada naprzeciwko w swoim fotelu - Jeśli nie bierzesz na poważnie naszych spotkań, nie przychodź do mnie wtedy, kiedy jest źle - że co, kurwa?! Jaja sobie robi? Przecież wtedy wykituję! - Zdajesz sobie sprawę, że to nie są żarty, Justin. Te spotkania są bardzo istotne, ponieważ wciąż musisz nad sobą pracować. Cóż, skoro tutaj jesteś, znowu jest do bani, tak? - unosi brew, mierząc mnie spojrzeniem. Jasnowidz normalnie!
- A jakżeby inaczej. Jest źle, ponieważ znowu spierdoliłem sprawę. Powiedz mi, co jest ze mną nie tak?
- Nic, Justin. Wszystko jest z tobą w porządku, tylko musisz zacząć myśleć realnie. Co zrobiłeś, hmm?
- Było cudownie, naprawdę cudownie. Po ostatnim razie, kiedy dałem ciała, przeprosiłem, kupiłem kwiaty. Wybraliśmy się na weekend za miasto i wszystko układało się bosko, dopóki nie przyjechali jej znajomi, w tym chłopak, który się w niej podkochuje. Wszedłem do kuchni, kiedy ją całował. Rozumiesz? Całował ją!
- Znając ciebie, na pewno wylazłeś z własnej skóry i stanąłeś obok! Czy ona chciała tego pocałunku?
- Nie, przynajmniej tak mi powiedziała. Aurora mnie kocha, wyznała mi to, a ten gnojek mnie wkurwia.
- To dobrze - co takiego? - To znaczy, że ci zależy, że jesteś o nią zazdrosny. Jak się z tym czujesz?
- Poważnie o to pytasz? Bezna-kurwa-dziejnie! Nie masz pojęcia, co teraz dzieje się w mojej głowie!
- Oczywiście, że wiem! Zapewne znowu ogrodziłeś się murem, odtrącając tę biedną dziewczynę, która wciąż musi przechodzić dzięki tobie mękę. Nie wiem, czy wiesz, ale pewnego dnia ona będzie miała dość.
- Dość? - gapię się na nią, a moje serce niemal wyskakuje mi gardłem - O czym ty do cholery mówisz?
- O tym, że w końcu twoje nastroje ją przerosną, Justin. Wspaniale o niej opowiadasz, więc widać, że Aurora się stara. Sam wspominałeś, że chce dla ciebie jak najlepiej, że cię wspiera, troszczy się, pomaga. Jak myślisz, ile jeszcze zniesie, co? W końcu pęknie, ponieważ odrzucenie cholernie boli, chłopcze.
- Nie! - zrywam się na równe nogi, wsuwam palce we włosy i zaczynam panikować. Co jak co, ale panika nie pojawiała się od dawna. Szlag! - Muszę iść, zadzwonię - nie mówię nic więcej, po prostu wychodzę.
 


Aurora POV:
Kiedy zajęcia dobiegają końca, oddycham z ulgą. Wszyscy mają na ustach szerokie uśmiechy, a trener wciąż nas chwali. Caleb stoi obok niego niczym dumny paw, kiedy ja staram się zachować spokój. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nagle zaczął mnie... irytować. Podczas tańca dotykał mnie śmielej, niż zawsze, a jego dłonie zahaczały o pupę i piersi, co mi się bardzo nie spodobało. To oczywiste, że nie mam innego wyjścia, jak poprosić trenera, żeby zmienił mi partnera. Nie mogę być z nim tak blisko, nie tylko ze względu na Justina, ale również na siebie. Jego zachowanie jest zbyt odważne, a ja nie czuję się dobrze, kiedy dotyka miejsc, których nie powinien. Przekracza granice, na co pozwolić mu nie mogę.


Ledwo przekraczam próg domu, a do moich uszu dociera śmiech Vi i Patricka. Siedzą w salonie, oglądają film i karmią się karmelowym popcornem. Przewracam oczami, witam się z nimi i podkradam popcorn, za co dostaję po łapach. Victoria pociąga mnie za koszulkę, siadam obok niej i wtulam się w ramię. Tak mi dobrze, że nie mam ochoty się ruszać, niestety po domu roznosi się dzwonek do drzwi. Patrick, jak na dżentelmena przystało, idzie otworzyć, a Vi opowiada o otwarciu nowego butiku, który musimy odwiedzić.
- Co ty tutaj robisz, stary? - głos chłopaka sprowadza mnie na ziemię - Tak, jest w domu. Proszę, wejdź.
- Justin? - marszczę brwi, zrywam się na równe nogi, a mój brzuch dosłownie się zaciska. Jego wygląd wręcz mnie przeraża, a podkrążone oczy świadczą o tym, że płakał - Boże, co się stało? Coś z Josie?
- Aurora - pada przede mną na kolana, obejmuje ramionami i ściska, aż się krzywię. Vi patrzy na niego zrezygnowana, a Patrick zamiera - Błagam, powiedz, że ze mnie nie zrezygnowałaś. Że mnie nie zostawisz - co takiego? Jestem zszokowana jego słowami, a kiedy wybucha płaczem, robię to samo.