Strony

niedziela, 29 września 2019

Epilog

Trzynaście lat później

Aurora POV:
Wchodzę do domu, w którym od progu wita mnie krzyk, i zmierzam do kuchni, aby odłożyć robiony na zamówienie tort dla mojej teściowej. Moje uszy więdną, kiedy dociera do mnie podniesiony głos Justina oraz Josie wylewającej na ojca wiadro pomyj. Odkąd weszła w nastoletni wiek, nie mieliśmy z nią łatwo.
- Mam siedemnaście lat, tato! Nie jestem dzieckiem i mam prawo wyjść na imprezę bez godziny policyjnej!
- Och, naprawdę?! A może mam w tej kwestii coś do powiedzenia, moja panno? Nie jesteś pełnoletnia!
- O mój Boże! I co z tego? Świat się zawali, jeśli wrócę o drugiej czy trzeciej nad ranem? Chyba nie!
- Trzecia nad ranem? Wykluczone! Już ja wiem, co robicie na tych imprezach. Północ to moja granica!
- Północ? - zapada cisza, która mnie niepokoi. Wchodzę po schodach, przemierzam korytarz i docieram do jej pokoju. Nie zaskakuje mnie widok płonącego ze złości Justina i Josie z założonymi na biodrach rękami - O północy zabawa dopiero się zaczyna. Wszyscy się ze mnie śmieją, bo mam rygor! Wielkie dzięki!
- To nie jest rygor, Josie, tylko troska. Rozumiesz?! Martwię się, bo jesteś nastolatką, a nastolatki potrafią robią głupie rzeczy. Znam twoich znajomych, wiem, że palą trawę. Tobie nigdy ci na to nie pozwolę.
- A kto powiedział, że chcę palić trawę? Nie mam zamiaru, jeśli to cię uspokoi. To domówka organizowana przez Christiana, tato! Chłopaka, który podoba mi się od trzech lat. Chociaż raz wyluzuj, dobrze?
- Od trzech lat? To znaczy, że zaczął ci się podobać, kiedy miałaś zaledwie czternaście?! Jezu Chryste!
- Justin - zaciskam usta, podchodzę do niego i chwytam za rękę. Jeśli tego nie przerwę, zaraz rozpęta się piekło - Proszę, uspokój się - posyłam mu lekki uśmiech, zmuszam go do ruchu i wyprowadzam z pokoju Josie, prowadząc do naszej sypialni - Nie możesz reagować tak za każdym razem, kiedy nasza córka chce wyjść na imprezę. Przysięgam, że pewnego dnia przez to nabawisz się zawału serca! Tak nie można.
- Łatwo ci mówić - burczy pod nosem i siada na brzegu łóżka, nerwowo przeczesując włosy - Już ona wie, co zrobić, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Smarkula jedna! Słyszałaś, co się ostatnio wydarzyło, Ro.
- To nie znaczy, że Josie spotka to samo. Jest rozsądną dziewczyną i wie, że ma pić alkohol jedynie z butelki otworzonej przez siebie. Jeśli wciąż będziesz się zadręczał wizją gwałtu, nigdy nie opuści domu.
- Ale to była jej koleżanka, kochanie! Chodziła z nią do klasy i spójrz, jedna impreza i takie nieszczęście.
- Rozumiem to i uwierz, martwię się o nią każdego dnia, Justin. Jednak nie możemy zamknąć jej w czterech ścianach tylko dlatego, że jakiś gówniarz za bardzo się rozpędził i zgwałcił jej koleżankę. To okropne, ale jeśli sfiksujemy na tym punkcie, wyrządzimy Josie krzywdę. Musimy pozwolić jej żyć.
- Staram się - wzdycha ciężko, sadza mnie na swoim kolanie i przytula do moich piersi. Wiem już, że wyluzował i po awanturze - Po prostu przeraża mnie myśl, że mogłoby przytrafić jej się to samo.
- Tato - oboje podnosimy głowy, wpatrując się w stojącą w progu Josie. Jest przygnębiona, jednak w jej oczach dostrzegam zrozumienie - Wiem, jakie są twoje obawy. Wiem, że się o mnie troszczysz i boisz, ale musisz mi zaufać - podchodzi bliżej, siada obok niego i chwyta jego dłoń. Uśmiecham się na ten widok, a moje serce zaciska ogromna miłość do tej ślicznej dziewczyny. Była tak samo wybuchowa jak Justin, jeśli już wybuchała między nimi awantura, niemal szyby trzaskały. Mimo to oboje bardzo się kochali i kiedy nerwy puszczały, wyjaśniali sobie sytuację - Pamiętaj, że nauczyłeś mnie podstaw samoobrony. Hej, kopnęłam Jona w jaja, kiedy pociągnął mnie za włosy - puszcza mu oczko, buńczucznie uderzając w ramię i atmosfera nareszcie się rozluźnia - Mam przy sobie gaz pieprzowy i mini paralizatorek, który swoją drogą jest uroczy. Chętnie go przetestuję, jeśli jakiś złamas położy na mnie choćby palec. Masz to jak w banku.
- To mi się podoba - obejmuje ją, przytula od siebie i całuje w czubek głowy - Druga. Masz być o drugiej.

Chwilę potem biorę prysznic, który zmywa ze mnie stres i pot. Lipiec był niesamowicie upalny, co dawało
mi nieźle w kość, szczególnie, że nosiłam przy sobie całkiem spory balast, w postaci ciążowego brzucha. Dobijałam do szóstego miesiąca, a już było mi cholernie ciężko. Marzyłam, żeby już urodzić, odpocząć od tego ciężaru, jednak na to będę musiała jeszcze sporo poczekać. Ostatnie trzy miesiące nie będą lżejsze.
- Hej - Justin przytula mnie się do mnie od tyłu, układając dłonie na moim brzuchu - Jak się czujesz?
- Dobrze, chociaż już mi ciut ciężko. Na dodatek mała bestia strasznie się wierci i kopie mnie po żebrach.
- Będzie silny chłopak, może wyrośnie na piłkarza? - muska ustami moją szyję, a dłonie zsuwa w dół - Tęskniłem za tobą, nie zostawiaj mnie na tak długo, okej? - chichoczę, kręcąc głową. Wyszłam na dwie godziny, aby spotkać się z Vi i odebrać tort dla mamy Justina, która obchodzi dzisiaj swoje urodziny.
- Nie zostawię - zamykam oczy, odchylam głowę i szukam jego ust, które po chwili spadają na moje.


Kiedy stawiam na stole miskę z sałatką, do kuchni wchodzi Justin i Jared, na którego widok oczy wychodzą mi z orbit. Jego biały t-shirt jest czarny, a szare spodenki zielone. O twarzy lepiej nie będę wspominać.
- Jezu, dziecko! Coś ty robił? - karcę go, na co nic sobie nie robi i siada do stołu - Hej, proszę umyć ręce!

- Dobrze, mamo - burczy nadąsany, znika w łazience, a Justin siada obok Josie, zaciskając usta.
- A ciebie co tam śmieszy, huh? Miałeś wrócić z nim po dziesięciu minutach, a nie było was prawie godzinę!
- Nie mogłem wyciągnąć go od Sama. Poza tym zgadałem się z Robertem, ma super nową kosiarkę.
- Tato, ty nie kosisz trawy - Josie przewraca oczami, nawijając na palec gumę. Ble! - Robi to firma.
- Cicho siedź. Kupię sobie nową kosiarkę i sam będę dbał o ogród. Co ty na to, kochanie? Brzmi dobrze.
- Tak, ale pewnie na tym się skończy. Ogród jest ogromny, Justin, a ty nie masz czasu, aby dbać o trawę.
- Jestem! - Jared wskakuje na krzesło, trącając ramieniem Josie - Posuń się! Ciągle się rozpychasz!
- Wal się, szczylu. Jesteś za smarkaty, żeby mi podskakiwać, więc lepiej sobie uważaj, bo będziesz ryczał.
- Mam siedem lat, to bardzo dużo! - Josie parska śmiechem, czym wyprowadza naszego syna z równowagi. Dzieliło ich dziesięć raz różnicy wieku, Josie była nastolatką, która uwielbiała mu dokuczać, a mój mały chłopiec próbował jej dorównać. W ten oto sposób w naszym domu zawsze ktoś na siebie krzyczał. Istne wariatkowo! - Nasz nowy brat nie będzie cię lubił bo jesteś zołzą, wiesz? Będzie bawił się tylko ze mną.
- Zanim to się stanie, ty już podrośniesz, smarku i będziesz biegał za dziewczynami. Wtedy się zacznie.
- Nie będę! - Jared marszczy brwi i łypie na nią spod byka - Nie lubię dziewczyn, oprócz mamusi.
- Aww, moje szczęście - całuję go w czubek głowy, siadam obok Justina i podaję mu pieczone ziemniaki - Nie skaczcie sobie do gardeł, proszę. Josie, jesteś starsza, musisz dawać mu dobry przykład, kochanie.
- Dlaczego akurat ja? Myślałam, że od tego są rodzice, ale skoro tak stawiacie sprawę, mogę zabrać go na imprezę. Będzie zabawnie - obojętnie wzrusza ramionami, a Justin krztusi się wodą.



Justin POV:
Wkładam wcześniej wyprasowaną koszulę, zapinając guziki przy mankietach i wpatruję się we własne odbicie. Musiałem przyznać, że byłem szczęśliwym człowiekiem biorąc pod uwagę to, co działo się w
moim życiu po śmierci mojej pierwszej żony. Odeszła zbyt wcześnie, wtedy, kiedy jeszcze nie potrafiłem wziąć tego na barki przenieść przez resztę życia. Ledwo radziłem sobie ze sobą, nie wspominając o opiece nad własną córką. Starałem się właśnie dla niej, ponieważ to ona dodawała mi sił i była idealną mobilizacją do pozbierania się do kupy. Mówią, że czas leczy rany i chociaż wtedy nie wierzyłem w te słowa, po upłynięciu trzynastu lat jednak się z nimi zgodzę. To nie tak, że zapomniałem o Hannah, bo to nigdy się
nie stanie, ale pogodziłem się z przeszłością, pozwoliłem jej odejść i ułożyłem sobie życie na nowo. Nie sądziłem, że to będzie jeszcze możliwe, ale kiedy na mojej drodze pojawiła się śliczna, urocza dziewczyna, przepadłem. To tak, jakby serce nagle się powiększyło i zrobiło miejsce dla jeszcze jednej osoby. Walczyła o mnie nawet wtedy, kiedy odpychałem ją od siebie i pogrążałem się w rozpaczy. Aurora była moim kołem ratunkowym i myślę, że gdyby nie ona, moje życie byłoby smutne i nijakie. Wypełnione pracą, opieką nad córką i zażywaniem psychotropów. Tak było przed nią, po niej to zupełnie inna bajka.

Nie było łatwo, ale nikt nie powiedział, że życie takie jest. Czekało na nas sporo przeszkód, problemów, trosk i łez. Poradziliśmy sobie, przebrnęliśmy przez to i dzięki temu byliśmy w tym miejscu. W naszym domu, z naszymi dziećmi., które kochaliśmy z Aurorą najmocniej na świecie. Były naszym wszystkim.
Josie wyrosła na piękną dziewczynę, za którą uganiali się chłopcy, co ani trochę mi się nie podobało. Była jeszcze młoda i nie chciałem, żeby już w tym wieku wylewała morze łez. Kupiłem nawet wiatrówkę, aby niektórych straszyć, kiedy byli na tyle odważni, żeby zakradać się w nocy pod jej okno! Miałem z tego niezły ubaw, w przeciwieństwie do mojej córki, która za każdym razem prawie przegryzała mi gardło!
Jared był cholernie podobny do mnie. I z wyglądu, i z charakteru. Spokojna dusza, dopóki ktoś nie zajdzie mu drogi i nie wyprowadzi z równowagi. Wtedy zamieniał się w małą, skrzeczącą bestię, próbującą postawić na swoim. Codziennie żarł się z Josie, choć jego szanse na wygraną były niewielkie. Stawałem po jego stronie, jako solidarność plemników, i jako, że był jeszcze mały. Mimo tego wiedziałem, że kocha siostrę tak samo mocno, jak ona kochała jego.
No i był jeszcze drugi syn, który pojawi się w naszym domu za trzy miesiące. Nie planowaliśmy kolejnego dziecka, samo się stało. Aurora postanowiła zmienić metodę antykoncepcji i bum, chwila nieuwagi i zrobiliśmy dziecko. Nie rozpaczaliśmy, nie płakaliśmy. Przytuliłem ją do siebie i podziękowałem za to, że ponownie będę mógł zostać ojcem. Była cudowną żoną, matką i kochanką. Ogień między nami nie zgadł nawet na chwilę, a mam wrażenie, że z czasem przybrał na sile. Kochałem ją z całego serca, codziennie zapewniałem ją, jaka jest cudowna, dzielna i waleczna. Nigdy nie narzekała, mimo tego, iż nosiła pod sercem nasze dziecko i nie zawsze czuła się dobrze. Miała na głowie cały dom, dwójkę dzieci, a i tak uśmiecha się i witała mnie w domu z uśmiechem na ustach. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego życia. Dawno temu utraciłem coś cennego, coś, co było dla mnie najważniejsze na świecie - tak bywa. Życie jest ciężkie, okrutne, bezwzględne. Nie patrzy na to, czy jest się dobrym, czy złym człowiekiem, aby rzucić kłody pod nogi. Po prostu to robi, a nam pozostaje się z tym zmierzyć. Mnie się udało, chociaż łatwo nie było. Do końca swoich dni będę wdzięczny swojej żonie za to, iż wyciągnęła do mnie dłoń i wydostała z ciemności pochłaniającej moją duszę. Była moim aniołem stróżem...







K  O  N  I  E  C


**************************
No i mamy koniec :)
Dziękuję każdej osobie, która przeczytała, zostawiła po sobie komentarz. Doceniam i dziękuję! 

Epilog krótki, ale właściwie nie ma co przedłużać. 
Było ciężko, więc zasłużyli na sielankę :D

Ściskam was, kochani!
Kasia